IMG_20160515_102153

KRÓTKA HISTORIA SZYDEŁKOWANIA


Bardzo, ale to bardzo lubię wspominać o tym, jak to z tym moim szydełkowaniem było i że to przez wielki przypadek umiem trzymać w ręku szydełko i wiem, jak się nim posługiwać. Jako dziecko miałam okazję widzieć kilka razy, jak moja ciocia tworzyła kołnierzyki i serwetki przy pomocy małego „pręcika” – próbowała mnie nawet tego uczyć, ale zupełnie nie robiło to na mnie wrażenia. Moja mama dziergała nam czasem szaliki, ale nie była pasjonatką. Szydełkowanie więc nie było mi jakoś specjalnie znane, a już na pewno nie było dla mnie niczym interesującym, co dawałoby jakąkolwiek satysfakcję.

Któregoś razu mój brat wybrał się z rodziną na wakacje i trafili przypadkiem także do Koniakowa. Koniaków to wieś w województwie śląskim znana głównie z tego, że produkuje się tam piękne ozdoby koronkowe – ostatnio także bieliznę koronkową (tzw. koronki koniakowskie). Artystki z Koniakowa tworzyły koronki dla samej królowej Elżbiety i Papieża. Wizyta w Chacie na Szańcach zaowocowała tym, że mój brat zakupił sobie jakiś kordonek i szydełko. Chciał spróbować tej sztuki i spróbował, po czym pokazał mi. Lubię nowe rzeczy, więc coś tam zaczęłam dłubać. Wyciągnęłam z szuflady swoje stare rosyjskie szydełka (nie wiem zupełnie skąd je mam). Sięgnęłam nawet do internetu z zamiarem nauczenia się podstaw. Zaczęło się : )

pluszowy miś

Potem okazało się, że mama (mojego męża) świetnie posługuje się szydełkiem, więc pierwsze prawdziwe lekcje szydełkowania pobierałam właśnie u niej. Zaczynałam od jakichś wymyślonych serwetek – pamiętam, że nie zrażało mnie nawet to, że serwetki raczej do beretów zdawały się być podobne. Potem porwałam się na maskotki. Moja pierwsza myszka do dziś mieszka w szufladzie. Były też krzywe misie i sweterki dla nich. Potem kwiatuszki, podstawki z mordką misia. A wszystko to za sprawą wolnego czasu, kiedy to przebywałam na L4, nosząc w brzuchu Zuzię : ) – mdłości nie były w stanie mi przeszkodzić. Pokochałam szydełkowanie, wciąż ucząc się nowych wzorów, poznając nowe możliwości. Dziergałam czapeczki dla malusiej Zuzi, sweterki, miniaturowe butki i spodenki. Z czasem uznałam, że fajnie się tą pasją z kimś podzielić (mąż niestety nie do końca rozumiał po co to robię i nie widział w tym sensu). Założyłam, więc blog.

Przyznam, że nigdy nie pomyślałam o tym, że tak mocno mnie to wszystko wciągnie – mnie, która twierdziła, że nie dla niej żadne robótki, bo nie ma do nich cierpliwości.  Wciągnie tak bardzo, że zechcę otworzyć firmę i w niej spełniać swoje marzenia. No kto by przypuszczał?

szydełkowa lalka

SZYDEŁKOWA LALKA MARYSIA


Bardzo lubię tworzyć misie, ale za każdym razem, gdy przychodzi mi wyszydełkować lalkę dochodzę do wniosku, że je lubię jeszcze bardziej. Dzierganie lal znacznie bardziej przenosi w świat z dziecięcych lat, kiedy to mogłam godzinami się nimi bawić – przebierać, czesać, strofować, zabierać na spacery, matkować, itp. To nic, że prace nad lalą trwają dłużej – już samo wykonanie włosów zabiera sporo czasu. Zabawa jest jednak świetna, kiedy  mogę zdecydować jaki kolor włosów wybrać, jak uczesać i w co ubrać. Grzebię wtedy we wszystkich zakamarkach, w których trzymam włóczki i dobieram kolory, czasem podążając za modą.

Ostatnio miałam spore pole do popisu, bo tworzyłam lalkę według własnej koncepcji – bez narzuconego koloru i ubioru. Powstała więc długowłosa brunetka. Można układać jej włosy do woli. Ubrałam ją w miętową sukienkę, którą wykończyłam kremowymi akcentami – kołnierzykiem i falbankami. Lala powędruje do „A” – stąd literka na sukience.

Gdybym mogła przeznaczyć więcej czasu na pracę w Czarodziejskiej Chatce (co równa się szydełkowaniu), to na pewno pojawiłoby się kilka nowych lalek, a tak skupiam się tylko na zamówieniach, w których wciąż dominują misie różnej maści. Nie, nie – nie narzekam. Lubię tą moją małą firmę (choć wciąż się jej uczę – panować nad wszystkim i mieć na wszystko czas) i jej funkcjonowanie, a zamówienia do jej prowadzenia są konieczne, więc… Równowaga zawsze prędzej, czy później przychodzi…

IMG_20160504_205320

MÓJ MAJ…


Najpiękniejszy miesiąc w roku – maj. Uwielbiam go za soczystą zieleń na dworze, która już nigdy nie będzie, ani bardziej zielona, ani piękniejsza. Uwielbiam za zapach konwalii i bzu, który dodatkowo cieszy oczy kolorami i formą. Uwielbiam za pachnące mgłą wieczory i poranki z rosą. Uwielbiam za majówki i pierwsze naprawdę ciepłe dni. Uwielbiam jeszcze za pozytywne nastrajanie. Nastrój na pewno pochodzi ze środka każdego z nas i to my decydujemy o tym, jak będziemy odbierali różne rzeczy – z pewnością jednak maj pozwala widzieć wszystko lepiej, ładniej, weselej. Jest tylko jedna rzecz, za którą nie polubię trwającego maja.

W Zuzkowym przedszkolu już od prawie dwóch miesięcy grasuje ospa. Do tej pory jakoś udało się uciec jej z oczu, ale jak się okazało – nie na zawsze. Dopadła i Zuzię – właśnie w maju. Do końca maja mamy więc przymusowy areszt domowy – a już na pewno ma go Zuzia. Tyle czasu wystarczy, by móc nie zarażać innych i nie kusić pozostałych wirusów. Tak, tak – wiem, że kiedyś przyszłaby pora i że lepiej teraz niż w późniejszym wieku, ale…żal, bo już snułam plany na dwa wspólne majowe weekendy. Ech… no cóż…taki maj…Z drugiej strony pocieszam się nieco, że ta ospa nie pokrzyżuje nam już czerwcowych planów urlopowych.

A miś z obrazków niesamowicie kojarzy mi się z tą pozytywniejszą częścią maja. Tak konwaliowo właśnie. Pozdrawiam majowo : )