Biała serweta szydełkowa


Pięknym jest to, co jest dotykane z miłością.

Ja nie wiem, jak to się stało. W planach miałam wyszydełkować małą białą szydełkową serwetkę, która mogłaby się ładnie zaprezentować w koszyczku wielkanocnym. Z tą myślą kupiłam cienki kordonek Maxi, przewertowałam sporo gazet i przekopałam prawie cały Internet, żeby znaleźć schemat. Znalazłam oczywiście i mocno zmobilizowałam się do dziergania.

No ale nie wiem, jak to się stało, że zamiast 30 cm, o których pisało jedno z czasopism szydełkowych, serwetka nagle zaczęła mierzyć prawie 50 cm. No niby zamiast szydełka nr 1 użyłam 1,5, ale przecież bez przesady – aż takiej to różnicy raczej by nie zrobiło. Już jak wchodziłam na okrążenie z trzydziestym centymetrem dziwiłam się mocno, że jeszcze tak dużo brakuje do końca. Nie mogłam jednak tak tego zostawić i doprowadziłam sprawę do końca.

…i koniec końców mam taką sporą serwetkę (raczej serwetę). Nic z nią więcej nie robiłam – nie usztywniałam, nie krochmaliłam – taka naturalna wydaje mi się najlepsza (delikatna, ale dzięki w miarę sztywnemu kordonkowi Maxi fajnie nabiera kształtu, wystarczy ją tylko ładnie ułożyć). Może w tej chwili posłużyć jako przykrywająca koszyczek (choć zamiar był inny – miała wyścielać dno koszyczka). Może kiedyś zmienię zdanie, co do tego typu ozdób w domu i położę ją na materiałowy obrus w jakimś fajnym kolorze.

Powiem Wam, że wbrew obawom – czy podołam tak misternej pracy (głównie chodziło o moją baranią niecierpliwość, ale wierzcie mi, jak przekroczyłam 30 cm, a końca nie było jeszcze widać, myślałam, że rzucę to…), szydełkowanie serwetek spodobało mi się na tyle, że chętnie zobaczyłabym na swojej salonowej ławie jakiś fajny beżowy bieżniczek. Mam już kordonek Scarlet – teraz tylko potrzebny mi czas.

ps. cytat z samej góry pochodzi z pięknego książkowego albumiku „Dom w rzeczy samej”. Pewnie jeszcze nie raz zacytuję autora.