CZARODZIEJSKA CHATKA I RĘKOMISIE


Siedzę sobie teraz przy swoim małym centrum dowodzenia Czarodziejską Chatką. Patrzę na bałagan panujący na biurku. Wiem, że powinnam dokończyć tego misia, bo teraz jest czas i miejsce, bo tak zaplanowałam, ale jakoś wzięło mnie na wspominki, a to najlepszy moment, żeby się wypisać. Gdzie, jak nie na blogu? Myślę sobie, że mam szczęście i że świetnie się stało, że misie znajdują wciąż nabywców, a może to już czas, kiedy to raczej nabywcy znajdują rękomisie.

Zaczynałam przecież tak niewinnie. Liczyła się tylko pasja, która pozwalała zająć chwilę nudy i przysłonić zbędne myśli. Dysponowałam jednym szydełkiem, tanią włóczką i koralikami, z których powstawały oczy. Pierwsze misie trafiały do szuflady – były wykonane z fantazyjnych włóczek w kolorach tęczy (a propos – mam plan, by do takich włóczek wrócić). Pamiętam, jak wiele czasu poświęciłam na to, by dopracować proporcje i uchwycić styl. Było to dla mnie naprawdę ważne, a stało się jeszcze ważniejsze, kiedy ruszyłam z Czarodziejską Chatką. Chcę tworzyć maskotki i inne szydełkowe rzeczy, które sama chciałabym kupić. Muszą, więc spełniać pewne normy jakościowe i wizualne. Dobrze wiem, że ludzie, którzy cenią rękodzieło i mają świadomość tego, że musi być ono droższe od rzeczy wytwarzanych masowo, cenią też jego wykonanie i estetykę. Mocno o nią dbam.

Do pełni szczęścia brakuje mi, więc jeszcze tego, by maskotki pakowane były w gustowne pudełka z okienkiem, ale to oznacza jedno – rękomisie musiałyby być droższe, bo i pudełko kosztuje i jakieś dodatki, i cena wysyłki paczki wzrasta. Zastanawiam się więc nad opcją maskotki w ozdobnym pudełku, dla chętnych. Pewnie niedługo wypróbuję. Jak myślicie, czy to będzie na plus?

PAŁAC W KAMIEŃCU ZĄBKOWICKIM


Przepraszam wszystkich tych, którzy zaglądają tu w poszukiwaniu szydełkowych maskotek i szydełkowych tematów. Dziś odejdę od tego mocno, bo chciałabym się podzielić z Wami tym, co od jakiegoś czasu dość żywo mnie interesuje (na pewno nie bardziej niż szydełkowanie), a mianowicie nasza piękna Polska i tajemnice ukryte w jej zakątkach. Uwielbiam wprost zwiedzać pałace, zamki, miejsca z historią w tle. Planując wycieczki zawsze sprawdzam, czy w danej okolicy nie ma takich zabytków. Najbardziej intrygująca jest w tym wszystkim historia i życie ludzi. Ilekroć stąpam po marmurowych posadzkach, albo starych drewnianych podłogach myślę sobie, jak oni tu żyli i jaki los ich spotkał. Królowie, księżne, arystokracja, służba. Ze swoimi problemami, marzeniami, pasjami, miłościami…

Przy okazji tegorocznych wakacji na Dolnym Śląsku na swojej mapie zaznaczyłam pałac w Kamieńcu Ząbkowickim. Zamek w Książu znają wszyscy, o tym pałacu raczej niewiele osób wie, a jest naprawdę godny zwiedzenia. Co prawda pałac jest kompletnie pusty (wciąż trawają w nim prace renowacyjne i gromadzenie mebli), ale w czasach, kiedy mieszkała w nim królewna niderlandzka Marianna Orańska musiał być wyjątkowo piękny i zjawiskowy. To ta kobieta (robiła wiele dla Dolnego Śląska i do dziś odbierana jest jako osoba wyprzedzająca swoją epokę) zarządziła jego budowę. Powstał na wzór zamku. Okolica niezwykle malownicza – wzniesienie, park, stawy i piękna panorama.

Marianna po kilku latach małżeństwa z Albrechtem zostaje oskarżona o zdradę (nie do końca ukrywa swoje uczucia wobec mastalerza Johanna). Swoją drogą mąż Marianny sam nie był bez winy, bo wcześniej dopuszczał się zdrad, ale jemu “wypadało” – jej – nie. Marianna zostaje ukarana – nie może przebywać na terenie Prus dłużej niż 24 godziny. Nie może, więc też przebywać tak długo w swoim domu – pałacu w Kamieńcu. Odwiedza, więc go na krótkie chwile, wchodząc bocznymi schodkami – przez okno. Taka kara za milość…

Potomkowie Marianny muszą uciekać z pałacu, kiedy wkracza tam Armia Czerwona. Pałac płonie, a rezydencja popada w ruinę. Marmurowe podłogi oraz kolumny zostają wywiezione, aby wspomóc odbudowę stolicy po powstaniu. To, co jeszcze niezniszczone grabione jest przez mieszkańców wsi. Pałac przechodzi w dzierżawę na całe 40 lat. To czas, kiedy niszczeje jeszcze mocniej, na ścianach pojawiają się kiczowate obrazki. Dzierżawca zdaje się nie mieć świadomości, jak brutalnie niszczy wielką historię i pracę ludzkich rąk, serc i umysłów.

W 2012 roku pałac Marianny Orańskiej trafia pod opiekę Gminy Kamieniec Ząbkowicki, a rok później zostaje udostepniony do zwiedzania. Chwała za to, że ktoś zaczął dbać o to miejsce, które niegdyś dla kogoś było wszystkim…

O TYM, JAK RODZI SIĘ PASJA


O tym, jak rodzi się pasja wie na pewno każdy z Was, bo mogliście z pewnością odczuć owe narodziny na własnej skórze. Ja – też. Mam ochotę podzielić się z Wami tym, jak u mnie kształtowała się kreatywność i jak różna była w różnych momentach mojego życia.

KREATYWNOŚĆ PRZEDSZKOLNA

Jako pedagog jestem zdania, że to najmłodsze lata naszego życia kształtują najmocniej naszą osobowość i mają ogromny wpływ na to, jakimi dorosłymi kiedyś będziemy. Czas przedszkolny to świetny moment, by odkryć pewne zainteresowania dziecka, jego talenty i czułe punkty. Przyznam szczerze, że nie pamiętam za dobrze mojego okresu przedszkolnego – żadnego zmuszania do owsianki, ani płaczów po porannych pożegnaniach z rodzicami za to np. szczegół – jak podczas jedzenia zupy wypadł mi mleczny ząb i jak strasznie płakał pewien chopiec, którego na początku brałam za dziewczynkę.

A o samej sobie tyle – widzę małą dziewczynkę z długimi kucykami związanymi gumką-kwiatem i dołeczkami w policzkach. Przypominam sobie jej marudzenie, gdy mama czesała jej włosy i zaplątywała warkoczyki. I jeszcze jedzenie śniegu z kolegami i koleżankami w zimowych sceneriach na placu przed przedszkolem. Jakieś “układy taneczne” do “oj ty, ty, oj ty, ty, za koszyczek zapłać mi…” i śpiewy na przedszkolnych występach. I jeszcze recytacje dziecięcych wierszy Brzechwy – podobno znałam całe mnóstwo – ale tak maja chyba wszyscy w takim wieku. To tyle, jeśli chodzi o tę dziecięcą kreatywność w przedszkolu. Bardzo lubiłam malować i często, w chwilach tej największej dziecięcej nudy, zadręczałam mamę pytaniami – “co mam namalować?”. Ach i jeszcze uwielbiam wymyślać zabawy i ich zasady.

TWÓRCZOŚĆ SZKOLNA

Znacznie większa kreatywność zrodziła się potem – w czasach późno-przedszkolnych i wczesnoszkolnych. Umiejętność pisania i czytania otworzyły przede mną wrota do niezależności i ogromnych pokładów wyrażenia siebie. Tak, tak. W domowym zaciszu powstała moja mała “drukarnia”, która wydawała tygodnik “To my”. Nakład wynosił całe 2 egzemplarze, ale za to rozchodziły się one, jak świeże francuskie croissanty. Ręcznie malowane ilustracje, bogato zdobione strony, ciekawostki ze świata i nauki, krzyżówki, dowcipy, wiadomości z pierwszej ręki – to musiało się udać. W międzyczasie byłam znaną polską dziennikarką radiową i pomysłodawcą utworzenia nowego programu radiowego – “Radio Tęcza”. Wywiady ze “znanymi ludźmi”, wiadomości, pogoda, dobra muzyka, poradniki, jak pielęgnować kwiaty, jak porządkować mieszkanie, liczne konkursy – wszystko to na szpuli magnetofonu Unitra – do dziś mogę odsłuchiwać. Niezmierzone pole do rozwoju kreatywności i pomysłowości. Oprócz tego potrafiłam godzinami czytać książki i wymyślać najbardziej wymyślne scenariusze zabaw. Muszę wspomnieć także, że miałam za sobą karierę stylistki. Moje lalki prawie codziennie bywały w moim salonie – czesanie, farbowanie i ścinanie włosów, do tego szycie przedziwnych ubrań. Lalki bardzo sobie chwaliły takie usługi, no może za wyjątkiem jednej, która z blond piękności stała się czerwonowłosym postrachem dla okolicznych  Ken’ów.

LICEUM I POEZJA

W czasach licealnych zauważyłam u siebie dość spore zmiany osobowościowe – w końcu człowiek zaczynał powoli dojrzewać i małymi kroczkami wchodzić w świat dorosłych. Nosiłam się w brązach i beżach (nie wiem, skąd ten pomysł, że to kolory francuskich kobiet). Nigdy nie lubiłam poezji (nie piszę tu o dziecięcych rymowankach, czy rymach częstochowskich). Szkoła nie potrafiła nią zainteresować, bo nie za bardzo miała na nią pomysł. Wszystko sprowadzało się do pytania “co poeta miał na myśli?” i na szukaniu jedynie słusznej interpretacji wiersza. Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się stało, że nagle zaczęłam odczuwać poezję po swojemu. Wiem, że miałam jakąś taką małą potrzebę wyrażenia swoich myśli, tęsknot, marzeń, żali właśnie w taki poetycki sposób. Zaczęło się. Dużo czytałam i pisałam na papierowych stronach. Udzielałam się na forach internetowych. Pracowałam nad stylem, aby pewnego razu poczuć, że jestem gotowa pokazać innym te moje wyrzuty uczuć i emocji. Kiedy byłam na studiach udało mi się znaleźć wydawcę i chwilę potem mogłam cieszyć się własnym debiutanckim tomikiem “Słone paluszki”. Do dziś patrzę na niego z wielkim sentymentem. Do dziś podoba mi się jego minimalizm, okładka, ilustracje tworzone specjalnie pod moje teksty i ten zapach kartek…

DOROSŁOŚĆ

Byłam przekonana, że ta moja fascynacja poezją nie będzie miała końca, że wreszcie znalazłam swoją pasję i że już zawsze będę pisała. Poezja przywarła do mojej duszy, niczym rzep (jakkolwiek górnolotnie i banalnie to brzmi). Zaczęłam przygotowywać teksty do kolejnego tomiku i odczuwać ogromną satysfakcję, gdy pytano mnie o to, kiedy będzie wydany, czytać opinie czytelników na temat poprzedniego tomiku,  spotykać na księgarnianych półkach znajomą nagą dziewczynę z okładki… O jakże się myliłam. Na horyzoncie pojawiła się miłość i to ona jest wszystkiemu winna. Nie było już w duszy takich smętnych uczuć i tego, co było inspiracją do pisania. W jednej chwili skończyło się. Miałam trochę żalu, ale czy można złościć się na szczęście? Potem małżeństwo, narodziny Zuzi i brak czasu. Wciąż szukałam jednak czegoś, co pozwoliłoby mi wykazać się kreatywnością, bo jak człowiek raz ją u siebie odnajdzie, to już zawsze będzie potrzebował tworzyć – “czasami człowiek musi, inaczej się udusi”. W tym czasie bardzo zainteresowała mnie tematyka stron internetowych. Kiedy rozpoznałam temat zaczęłam je tworzyć, dorzucając do tego moje zamiłowanie do słów. Pisałam teksty copywriterskie, wymyślałam hasła i nazwy. Tworzyłam strony www.  Na samym końcu pojawiło się szydełkowanie – zupełnie w samą porę. Dalsza historia jest Wam znana.

Dziś nie pracuję w zawodzie (nauczyciela reedukatora), ale spędzam 8 godzin dziennie w biurowcu firmy tworzącej oprogramowanie, nie pisuję wierszy, od czasu do czasu maluję obrazki w dziecięcych kolorowankach, a po godzinach prowadzę swoją małą szydełkową jednoosobową firmę i tego bloga (i stronę FB). Od czasu do czasu czuje potrzebę sięgnięcia po decoupage, szycie, tworzenie bransoletek, itp. To w pełni zadowala moja kreatywną naturę – nie mam czasu na nudę, moja potrzeba tworzenia spełnia się każdego dnia. Spełniam się ja.

A jak długa była Twoja droga do spełnienia? Może opisałaś/eś o tym na swoim blogu? Podziel się.