Szydełkowa torebeczka

Jak sięgnę pamięcią do nieco starszych czasów – czasów liceum, to oprócz tego wszystkiego, co z nim się wiąże pamiętam kolory, które wprost uwielbiałam – beże, i przeróżne odcienie brązu. Nie do końca teraz to rozumiem – wiem jedynie, że to „uwielbienie” dyktowane było zamiłowaniem do Francji (naprawdę wielkie – nie wiedzieć czemu). Jak to? – zapytacie. A tak jakoś mi się dziwnie jawiła Francja, że właśnie w brązach i beżach widziałam modę, a do tego moja pani od francuskiego nosiła takie klasyczne kolory.

Dziś stawiam na bardziej żywe – pogodne. Nie gardzę nawet różem, który kiedyś był przeze mnie niemile widziany i kojarzony tylko z kiczem. Teraz róż (głównie w pastelach) jest jednym z ulubionych. Może to poniekąd za sprawą Zuzi. To taki dziewczęcy kolor (pomijając całą jego „cukierkowatość”) – kolor beztroski.

Sięgając jeszcze bardziej wstecz, pamiętam, że jako mała dziewczynka uwielbiałam małe torebeczki – moim numerem jeden była taka czerwona torebka z tworzywa jakiegoś (taka bardzo gruba folia o specyficznym zapachu – pamiętam go do dziś) z obrazkiem żeglarza Sindbada.

No więc łącząc te moje wspomnienia (z kolorami i torebeczkami) stworzyłam dla Zuzi różową torebkę.

szydełkowa torebkaSchemat który posiadam, to tak naprawdę tylko sam początek (3 rzędy dna torebki) – dalej to była czysta improwizacja – jak zawsze zresztą. Oczywiście motywem przewodnim są pęczki (u mnie nieco grubsze niż w schemacie). Włóczka, którą wybrałam dla torebki, nie była najlepsza do dziergania pęczków (niestety nie pamiętam, jak się nazywa) – mocno się haczyła o szydełko i niezwykle ciężko się pruła (plącząc się w supełki). Pęczki idealnie nadały torebce sztywności. Dla ozdoby przewlekłam białą wstążkę i dodałam kokardki. Do torebki wszyłam materiałową podszewkę – maszyna nawet zrobiła to, co chciałam. Dodziergałam też pasek. Zuzia wielce uradowana. A moja radość z jej uradowania jeszcze większa : )

Oto i schemat na dno torebki – znalazłam go na tej stronie – tu także opis po angielsku.

purse graph

ps. i wcale nie wspomnę o tym, że przez wczorajszy mecz na warszawskim stadionie musieliśmy porzucić pomysł o odwiedzeniu parku łazienkowskiego (a już nawet się wybraliśmy, ale gdy naszym oczom ukazały się ulice „kibiców” (tych pseudo na pewno też), to doszliśmy do wniosku, że jednak nie mamy ochoty na spacerowanie wśród dzikich okrzyków i rzeszy policjantów.