Szydełkowy miś – breloczek


breloczek miś

Takich maluszków jeszcze nigdy nie tworzyłam, a są naprawdę sporym wyzwaniem, bo wyszycie noska na takim małym pyszczku nie jest łatwą sprawą (zamontowanie plastikowego nie wchodzi w ogóle w grę). Nie tworzyłam, ale od teraz będę : ) Myślę sobie, że te ich 6 cm dodaje im większego uroku – takie malusie, że aż chce się zacisnąć w dłoni i chronić przed wszystkim. Ot taki breloczek miś.

I mogą nam towarzyszyć wszędzie i dodatkowo pilnować kluczy. Na razie królują w kolorze szarości. Mam już ich kilka na swoim koncie (niektóre nawet stały się świątecznym prezentem, co cieszy mnie ogromnie, że dotarły we wskazane miejsca przed 24 grudnia) : ) A oprócz tego, jak to zawsze po świętach i długim urlopowaniu bywa, ciężko wrócić do normalnego trybu, bo koniec z późnym chodzeniem spać i wstawaniem bez budzika. Znowu trzeba wejść w rytm i trzymać się harmonogramu : )

Szydełkowa misia – breloczek


szydełkowy brelok miś

Sama nie mam żadnego breloczka doczepionego do kluczy, choć w domu sporo ich, ale jakoś nigdy nie czułam potrzeby, żeby coś do nich jeszcze przyczepiać. Wiem jednak, że istnieją prawdziwi fanatycy breloków, którzy uczynili nawet z tego pasję i zbierają je namiętnie. Niektórzy po prostu lubią, jak coś dynda im przy kluczach i pewnie dla takiej osoby wyszydełkowałam mini misię. Mierzy 10 cm i ma za zadanie pilnować kluczy.

Kiedy zaczynałam dziergać maskotki, ale już tak bardziej na poważnie – dla innych, zaczęłam się też zastanawiać nad “marką”, czyli nad zestawem cech, który odróżnia jakieś produkty od innych, co sprawia, że są rozpoznawalne i mają swój styl. Oczywiście na markę składa się całe mnóstwo rzeczy, począwszy od nazwy, przez logo, opisy produktów, na zaprezentowaniu klientowi skończywszy. Tak sobie nieskromnie myślę o swoich maskotkach. Chciałabym bardzo, żeby stały się rozpoznawane, a nade wszystko zależy mi na tym, by wizerunek moich rękomaskotek był spójny.

Mam w głowie taką miłą wizję – stylowe wizytówki dołączane do zamówień (szary papier, minimalistyczna czcionka i może drewniany guziczek), estetyczne opakowania (tu widzę zwykłe szare torebeczki z wełnianą kokardką – już tak zaczynam pakować). W 100 % zgadzam się z powiedzeniem, że jak cię widzą, tak cię piszą. Sama w końcu zwracam uwagę na to, jak jakiś produkt jest mi podany/zaprezentowany. Im ciekawsza, bardziej klimatyczna oprawa, tym większa szansa, że to kupię. Oczywiście dochodzi tu jeszcze sprawa jakości. Tę cenię ponad wszystko, ale gdy mam do wyboru dobrą rzecz w zwykłym opakowaniu i dobrą rzecz w pięknym opakowaniu, to z dużym prawdopodobieństwem wybiorę drugą opcję, o ile oczywiście nie zmiażdży mnie jej cena.

Doskonale jednak wiem, że praca nad marką kosztuje. Kosztują już same wizytówki, opakowanie. To dodatkowy koszt, który chcąc nie chcąc trzeba częściowo przerzucić na kupującego – czyli jednym słowem podnosząc cenę produktu. No nie da się inaczej. Można jednak liczyć na to, że znajdą się ludzie, którzy będą umieli docenić dopracowane rękodzieło (dopracowane także w detalach podania) i że zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce to kupić.

Może kiedyś.