MÓJ MAJ…


Najpiękniejszy miesiąc w roku – maj. Uwielbiam go za soczystą zieleń na dworze, która już nigdy nie będzie, ani bardziej zielona, ani piękniejsza. Uwielbiam za zapach konwalii i bzu, który dodatkowo cieszy oczy kolorami i formą. Uwielbiam za pachnące mgłą wieczory i poranki z rosą. Uwielbiam za majówki i pierwsze naprawdę ciepłe dni. Uwielbiam jeszcze za pozytywne nastrajanie. Nastrój na pewno pochodzi ze środka każdego z nas i to my decydujemy o tym, jak będziemy odbierali różne rzeczy – z pewnością jednak maj pozwala widzieć wszystko lepiej, ładniej, weselej. Jest tylko jedna rzecz, za którą nie polubię trwającego maja.

W Zuzkowym przedszkolu już od prawie dwóch miesięcy grasuje ospa. Do tej pory jakoś udało się uciec jej z oczu, ale jak się okazało – nie na zawsze. Dopadła i Zuzię – właśnie w maju. Do końca maja mamy więc przymusowy areszt domowy – a już na pewno ma go Zuzia. Tyle czasu wystarczy, by móc nie zarażać innych i nie kusić pozostałych wirusów. Tak, tak – wiem, że kiedyś przyszłaby pora i że lepiej teraz niż w późniejszym wieku, ale…żal, bo już snułam plany na dwa wspólne majowe weekendy. Ech… no cóż…taki maj…Z drugiej strony pocieszam się nieco, że ta ospa nie pokrzyżuje nam już czerwcowych planów urlopowych.

A miś z obrazków niesamowicie kojarzy mi się z tą pozytywniejszą częścią maja. Tak konwaliowo właśnie. Pozdrawiam majowo : )

Miś w oliwkowych spodenkach


wełniany miś

Co widzicie przed oczami, gdy myślicie o misiu? Ja natychmiast widzę misia Uszatka, misia Kolargola, a zaraz potem niedźwiedzia brunatnego, stąd też moje przekonanie, że jak miś, to zdecydowanie brązowy. Klasyka gatunku i kwintesencja „misiowatości”. Rękomisie też bardzo lubią brąz, choć rzadko w takim umaszczeniu występują, ale dziś właśnie tak – na życzenie klientki powstał taki klasyczny miś brunatny. Przywdział spodenki w oliwkowym kolorze i dumny jest niesamowicie.

 

Razem ze swym szarym bratem powędrowali już w świat i będą asystować w sesjach fotograficznych. A tak poza tym, to czasami brakuje mi wytchnienia, bo z jednej strony uwielbiam szydełkować i podczas wakacji brakuje mi tego zajęcia, prawie, jak powietrza, a z drugiej strony, gdy kalendarz zamówień wypełniony jest po brzegi, wiem, że nie mogę tak po prostu odłożyć szydełka choćby na jeden dzień i pozwolić sobie na wieczór nic nie-robienia, jeśli mam na to ochotę. Może i świat by się nie zawalił (miałam okazję to już kilka razy sprawdzić), ale wiem, że ludzie czekają na zamówioną maskotkę. Czasami zdarza się tak, że dość sprawnie idzie mi tworzenie i jestem pewna, że ze wszystkim zdążę na czas, ale np. pojawia się zamówienie nieoczekiwane, tzw. na wczoraj, bo na lotnisku zawieruszył się miś (taki podobny do rękomisiowych) i wtedy zamiast odmówić, czynię różne kombinacje w kalendarzu. No i się zaczyna. Plan się sypie, a ja próbuję panować nad sytuacją.

A tak pięknie wyobrażałam sobie własną działalność. Że jak się zachce, to człowiek zamyka „sklep” i bierze urlop i wraca, kiedy chce. Nie jest jednak tak łatwo, a może nawet trudniej niż poza działalnością, gdzie wypisuje się wniosek o urlop i już. Z pewnością dodatkowym czynnikiem jest to, że Czarodziejska Chatka z rękomisiami działa po godzinach pracy pełno-etatowej, a dodatkowo handmade rządzi się jednak innymi prawami. Nic to – będę się uczyła zwalniać na zakrętach, a czasem nawet zatrzymywać, by szydełkowanie wciąż było przyjemnością.