Misia w brzoskwiniowej sukience

szydełkowa misia

Ostatnimi dniami bardzo rzadko siadam wieczorem do szydełkowania miśków, bo najnormalniej w świecie oczy mi się kleją o tych porach nocnych i na uwadze mam, że około 5 pobudka do pracy, więc nic na siłę. Co najśmieśniejsze, Zuzia o godzinie 23 jeszcze ma ochotę na zabawę (choć już po kolacji, wykąpana i w pidżamie) – ja ostatnio o tej porze już odpadam, a ona – wygłupy i śmiechy. Mi też byłoby szkoda zmarnować takie chwile na sen, a że teraz nie chodzi akurat do przedszkola, to tym bardziej ją rozumiem : )

Mimo wszystko muszę się pilnie wywiązywać z zamówień – w przypadku małych misiów – jak ta z dziś w brzoskwiniowej sukieneczce – jest szybciej, ale oczywiście na wyszydełkowaniu misia się jeszcze nie kończy. Trzeba jeszcze zrobić mu kilka zdjęć, by się przekonać, czy podoba się nowej właścicielce, a następnego dnia po pracy biec na pocztę – czasem czekać w długich kolejkach.

Ale to nic, bo, to właśnie trud wkładany w wykonanie jakiejś rzeczy podnosi jej wartość.

A wiecie? Kończą się już moje zapasy małych nosków i niestety nigdzie w Polsce nie mogę ich znaleźć. Postanowiłam więc zamówić je w…Hong Kongu. Będę czekać nieskończenie długo, przesyłka też nie należy do najtańszych, ale za to wybór ogromny i ceny samych nosków, czy oczek dużo niższe niż u nas. Uzbrajam się w cierpliwość : )

Słonecznego dnia!

Miś i serce

szydełkowy miś

Ostatnio próbowałam policzyć (mniej więcej) ile miśków już wyszydełkowałam, ale w pewnym momencie się poddałam, bo aż tak dobrej pamięci, to ja jednak nie mam : ) Ale za to doszłam do źródeł niektórych zamówień i zamarzyło mi się stworzyć mapę, na której będę mogła odnotowywać miejsca, w których mieszkają moje misie – tak z czystej ciekawości i sentymentu do tych, z którymi się już pożegnałam.

I stworzyłam taką mapę google. Niestety nie ma tam wszystkich miejscowości, do których powędrowały misie (w większości Polska, ale misie trafiły też poza granice kraju), ale za to na bieżąco będę ją uzupełniać, śledząc przy okazji wędrówki moich maskotek. Te żółte serduszka tyczą się Polski, a fioletowe kłosiki zagranicy.

A dziś może Was przywitać mały beżowy miś z błękitną kokardką i sercem – taki mały akcent walentynkowy. Oczywiście jego dom też został już odnotowany na mapie.

Misiowa w błękicie

szydełkowy miś

Jedna panienka misiowa w tych kolorach już była, ale beż i lekko brudny błękit cieszą się popularnością, więc wykonałam misię w tych kolorach raz jeszcze. Jest prawie lustrzanym odbiciem swojej siostry – prawie, bo jednak każdy miś jest inny (różnią się nieco – dobrze wiecie, że w rękodziele nie ma dwóch identycznych rzeczy, choć z pozoru wyglądają tak samo. Przede wszystkim tworzeniu każdego z misiów towarzyszą inne myśli, inny nastrój, inne sytuacje). A ostatnio odkryłam, że z szydełkiem jest, jak z butami – dopasowuje się do ręki.

Mam kilka szydełek powtarzających się co do rozmiaru – np. dwa szydełka w rozmiarze 3 – ta sama firma, ale jednym z nich działam już od dawna. Ostatnio dziergając misia sięgnęłam nieświadomie po drugie szydełko i jakoś zupełnie kiepsko mi się nim szydełkowało – nieswojo jakoś. To moje starsze widocznie jest już dopasowane do ręki (pewnie wytarło się tu i ówdzie) i niezwykle lekko mi się z nim pracuje. Mam wrażenie, że nowe nie ma takiego fajnego poślizgu.

Omijając nieco temat szydełkowy, napiszę Wam, że jestem bezsilna, jeśli chodzi o katar Zuzi. Utrzymuje się już tak długo, a specyfików wciąż przybywa (mieliśmy już chyba wszystkie możliwe, a na pewno prawie wszystkie). Ostatnio od pani laryngolog dostałyśmy maść z antybiotykiem do nosa, ale mam wrażenie, że niczego nie zmienia. Jak było, tak jest. Do tego zuźkowe migdałki mocno się powiększyły – (teoretycznie to normalne, jak organizm nie ma czasu na pełne wyzdrowienie – migdałki powiększają się po każdej infekcji i musi minąć co najmniej miesiąc bez infekcji, by mogły spokojnie się obkurczyć) – Zuzia chrapie w nocy. Już naprawdę nie wiem. Co dzień zastanawiam się, czy iść do naszego pediatry i pozwolić na antybiotyk (bo pewnie nasza pani doktor sięgnie po niego z lekką ręką), czy może kontynuować te nasze zabiegi wzmacniające odporność i czekać aż katar (i mokre pokasływanie) wreszcie zniknie – ech te przedszkola…

 

Miś wyjątkowy

szydełkowy miś

Nie pamiętam naprawdę, ile już trwa mój zachwyt nad szydełkowymi misiami – na pewno dłużej niż 4 lata, bo jeszcze przed narodzinami Zuzi powstawały pierwsze „sztuki”. Wtedy jeszcze takie nieudolne. Kilka z nich, wytarmoszonych przez malutką Zuzię, siedzi gdzieś jeszcze w zakamarkach i wstydzi się pokazać – bo krzywe, bo mało stylowe – choć na tamten moment nie umiałam innych. W końcu moje szydełko nauczyło się dużo więcej. Pierwszy poważny miś, to ten ze zdjęcia. Ten, którego nie zamierzam sprzedać, bo jest dla mnie wyjątkowy. Ilekroć na niego patrzę widzę, to „coś”, co uwielbiam w misiach (i nie tylko). Dla mnie jest bezcenny.

Kojarzy mi się ze starymi unikatowymi misiami siedzącymi na starych drewnianych półkach w malutkich klimatycznych sklepikach (z dzwoneczkiem przy drzwiach), czekających, by ktoś je kupił. Czasem nadszarpniętymi znamionami czasu. Pamiętającymi różne sklepowe historie, które opowiadali ludzie odwiedzający sprzedawcę w sklepiku. Siedzi, czeka, obserwuje, a czasem późnym wieczorem, gdy w sklepie robi się całkiem pusto i ciemno (tylko światło ulicznych latarni nieco rozjaśnia mrok), ożywa i razem z ołowianym żołnierzykiem i szmacianymi lalkami prowadzi długie rozmowy.

Tak właśnie patrzę na mojego brunatnego misia. Często też zerkam na niego (niczym na nestora rodu misiów), gdy szydełkuję jego mniejszych braci.

Szydełkowy miś z niebieską kokardką

szydełkowy miś

Witajcie. Właśnie przez okno podgląda mnie słońce – no wreszcie (to nic, że wyszło tylko na godzinkę). Nawet nie wiecie z jaką tęsknotą czekam na wiosnę. Zima, choć raczej taka mało zimowa – bardziej deszczowa i wietrzna – już mi zbrzydła. Czekam też na dłuższe dni, na więcej słońca i czasu, i wciąż popijam dziurawiec, by nieco oszukać to zimowe samopoczucie. I czy się chce, czy nie – dziergam misie, porzucając strefę komfortu. Normalnie kradnę pojedyncze minuty na to, by wyszydełkować choć uszko : ) A tyle planów, tyle inspiracji w głowie się zbiera…

A dziś znowu przychodzę do Was z małym misiem. Tym razem jest szaro-beżowy (taki beż wpadający lekko w szarość), ale ma swoje standardowe 15 cm i smutaskową minkę.