Posts Tagged ‘miś na szydełku’

Szary szydełkowy miś

Oto mój pierwszy szary szydełkowy miś – nigdy nie robiłam misia w takim kolorze – taki iście chłopięcy – w niebieskim szaliczku. Do zrealizowania pełnego zamówienia brakuje jeszcze kremowego, ale ten za momentów parę powstanie.

Wiecie te ostatnie zamówienia, które pojawiły się w dość licznej ilości pokazały mi, że nie jestem do końca dobrze zorganizowaną osobą. Zamówienia spisuję sobie w specjalnym notatniku, w którym skrzętnie notuję: dla kogo, ile cm, jaki kolor, jakie dodatki, itp. A mój brak zorganizowania wynika z tego, że nie potrafię sobie jakoś do końca zaplanować, że np. dziś siadam i tworzę misia dla tej pani. Zawsze towarzyszy temu takie małe roztrzepanie – dla tej pani robię misia, a w międzyczasie dla innej – czapkę i tak jakoś chaotycznie. Wynika to chyba z tego, że jestem niecierpliwa, że najchętniej robiłabym wszystko na już (niestety tak się nie da i wkrada się chaos). Mam tak ze wszystkim : ) Nie znoszę planować (szkoda mi czasu), tylko od razu – bez planu – przystępuję do działania, co wcale nie jest takie dobre.

A Wy jesteście mocno „poukładane”? : )

szary miśA wracając do misia, to wydaje mi się, że szary mimo tego, że nieco bardziej smutny (już chociażby z racji koloru), to ma też w sobie jakiś urok. Pani zamówiła z szaliczkiem. Ja jednak wybrałam dla niego i taką kremową kokardkę z szarymi kropeczkami – fajnie rozjaśnia i dopełnia misia : )

szydełkowy miś

Miś z kokardką w kratkę

Zaczynam powoli tracić zapasy. Ała! Ten oto miś, którego prezentuję poniżej ma np. już inny nosek (bo się wyczerpały pokłady nosków), ale myślę, że i z tym misiom jest do twarzy, a i oczy, choć troszkę inne, dobrze służą i miś widzi wszystko – wszystko, co warte zobaczenia. Poza tym miś w swoim standardowym stylu – kremowy, z wyszywanym pyszczkiem i brwiami. Z różową kokardką w białą kratkę. (swoją drogą, to ciekawe, że najwięcej osób zamawia właśnie te dwa kolory misiów – beż i krem).

Pisałam Wam już o tym, jak lubię tworzyć misie, ale zdjęcia misiom też uwielbiam robić. Choć nie mam zbyt dobrego sprzętu (kiedyś może i był niezły, ale teraz tyle nowości, tyle ulepszeń – mój to za chwilę będzie przeżytek), ani nie za bardzo mogę trafić w słoneczne dni (jak są słoneczne to jestem w pracy, więc robię foto około 21, a wiadomo, że to nawet latem już nie to światło – musi być więc sztuczne). Ostatnimi czasy zdjęcia powstawały w bardzo przyspieszonym tempie, bo musiałam (zgodnie z obietnicą) pokazać je do akceptacji przyszłym właścicielkom. Więc jak tylko kończyłam misia (około 22), to natychmiast łapałam za aparat i kombinowałam ze sztucznym światłem – potem zabawa z programem do obróbki zdjęć i słałam zdjęcie do akceptacji.

misaWiem, jakie są minusy tych moich fotografii – największy to jednak gra światła z cieniem (no nie jest to idealne) – może jak sprawię sobie namiot bezcieniowy (kupię lub zrobię – kiedyś robiłam, ale podczas przeprowadzki postanowiłam, że trzeba się go pozbyć) będzie lepiej.

Ach i jeszcze mam jedno pytanie do Was – na pewno nie raz wysyłałyście jakąś paczkę ze swoją robótką tak, by się nie zgniotła, nie uszkodziła, itp. – mi chodzi o moje misie – są wypełnione wypełniaczem do poduszek i czasami, jak sobie pomyślę, że na kopercie bąbelkowej, w której własnie siedzi miś nagle zostanie położne coś ciężkiego i zgniecie misia, to normalnie…bryy. Zastanawiałam się więc nad tym, żeby pakować misie w jakieś małe kartonikowe pudełka – nie wiecie może, gdzie można takie kupić w przystępnej cenie (nie chciałabym, by kosz misia mocno wzrósł). Zależy mi na małych – 25 cm wysokości i ok 10 cm szerokości.

ps. Zuzia ma dwudniową przerwę od przedszkola (pech chciał, że katar się przypałętał), ja zaś walczę z rwą kulszową :(

Mały misiaczek

Tak sobie myślę jakież dziwne są te nasze czasy. Ile to stresu dostarczają – już nawet maluchom. Byliśmy wczoraj na zajęciach adaptacyjnych w przedszkolu i przywitał nas Pan Ambroży Kleks – postać fajna bardzo, ale niestety broda, którą założyła pani, i okulary, jakoś strasznie wyglądały, więc nie dziwię się, że niektóre dzieci najzwyczajniej w świecie bały się Pana Kleksa – w tym moja Zuzia oczywiście też. Więc taki oto mamy pierwszy dzień adaptacji. Ech…Martwię się trochę. Dziś i jutro Pan Ambroży wciąż tam będzie (na kolejnych dniach adaptacyjnych)…trudno.

Pewnie ten mały misiaczek, którego skończyłam dziergać wczoraj późną nocą też bałby się tej brody. Na szczęście on pojedzie do miłej pani. Zabierze ze sobą brata bliźniaka (ten dopiero powstaje), swoje 15 cm wzrostu i zieloną kokardkę w kratkę. Będzie mu się dobrze działo – z pewnością.

mały miś szydełkoPrzygotowania do pierwszego dnia w przedszkolu wciąż trwają. Wcale nie czekam na ten dzień. Wcale, a wcale : ) Ja wiem, że trzeba to jakoś przetrwać (w końcu to nasza decyzja, by Zuzia zaczęła się uspołeczniać – to dobrze jej zrobi – trochę nasza, a trochę chcemy odciążyć dziadków). Nie my pierwsi i nie ostatni,  prawda? Będzie płacz – nie pierwszy i pewnie nie ostatni.

 

Szydełkowy miś z fioletem

Niby miałam pisać o nowym misiu, ale jest coś, co jakoś czasami odbiera mi tę radość z szydełkowania. Są takie dni – 3 – 5 dni w miesiącu, kiedy nie mogę po prostu patrzeć na szydełko (z resztą nie tylko na nie). To są dni, kiedy moja głowa nagle staje się jednym wielkim bólem i poddaje się migrenie bez reszty (do tego dochodzą wymioty i ogólne osłabienie, każda myśl jest sporym wysiłkiem). Nie chce się wtedy nic i myśli się tylko o jednym, żeby przestało boleć, a kładąc się spać – o tym, by rano ból nie wrócił. Teoretycznie dzięki specjalnym tabletkom przeciwmigrenowym jestem w stanie zwalczyć całkowicie migrenę, ale bywają takie dni, kiedy jednak głowa nie do końca na nie reaguje – tak było wczoraj. Najgorsze jest to, że czasami ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że migrena to nie zwykły ból głowy i nie rozumieją, że może aż tak boleć, że nie można normalnie żyć – „głowa ją boli” – myślą (paluszek i główka…). Ech…tak tylko się żalę, bo nie powinno się tego w sobie tłumić, no nie? : )

A miś powstał na kilka dni przed tymi ogromnymi przeszkadzaczami. Kolejny z serii – „na zamówienie” – tym razem z fioletowymi dodatkami. Sam jest kremowy – ma 18 cm wysokości. Opuścił już mój dom : )

mis

Miś z zieloną kokardką

O rety, rety – tak trudno mi ostatnio nadawać tytuły moim małym szydełkowym przemyśleniom/wpisom – zwłaszcza tym misiowym, bo tak, jak na przykład ostatnio wiele misiaków jest albo w beżu, albo w kremie, więc same rozumiecie. Dawno już też nie nadaję imion misiom (w pewnym momencie skończyła się chyba wena do nazywania) – nawet tym tworzonym dla siebie. Mogę jeszcze jakoś żonglować nazwami zgodnie z kolorem kokardki – na szczęście ten dzisiejszy miś ma zieloną – unikalną w mojej kolekcji : )

Zatem ten miś w zielonej kokardzie ma około 18 cm wysokości i do pary stworzyć muszę podobnego w kremie – będzie mu raźniej podróżować.

miś z zieloną kokardkąA tak a propos misiów (no zagaduję Was trochę, bo lubię pisać), to wiecie, że mam w domu jednego jedynego misia (oczywiście własnej produkcji), którego w życiu bym nie sprzedała, za żadne skarby? Już wiecie. Jest taki miś – ciemno brązowy z dużą złotą kokardą na szyi. Powstał dawno temu, ale mam do niego ogromny sentyment (jest dla mnie jakiś wyjątkowy) – kojarzy mi się z takimi starymi misiami retro. Pokażę może razu pewnego. Spokojnej niedzieli życzę.

1 2 3 4