Posts Tagged ‘miś na szydełku’

Mały misiaczek

Tak sobie myślę jakież dziwne są te nasze czasy. Ile to stresu dostarczają – już nawet maluchom. Byliśmy wczoraj na zajęciach adaptacyjnych w przedszkolu i przywitał nas Pan Ambroży Kleks – postać fajna bardzo, ale niestety broda, którą założyła pani, i okulary, jakoś strasznie wyglądały, więc nie dziwię się, że niektóre dzieci najzwyczajniej w świecie bały się Pana Kleksa – w tym moja Zuzia oczywiście też. Więc taki oto mamy pierwszy dzień adaptacji. Ech…Martwię się trochę. Dziś i jutro Pan Ambroży wciąż tam będzie (na kolejnych dniach adaptacyjnych)…trudno.

Pewnie ten mały misiaczek, którego skończyłam dziergać wczoraj późną nocą też bałby się tej brody. Na szczęście on pojedzie do miłej pani. Zabierze ze sobą brata bliźniaka (ten dopiero powstaje), swoje 15 cm wzrostu i zieloną kokardkę w kratkę. Będzie mu się dobrze działo – z pewnością.

mały miś szydełkoPrzygotowania do pierwszego dnia w przedszkolu wciąż trwają. Wcale nie czekam na ten dzień. Wcale, a wcale : ) Ja wiem, że trzeba to jakoś przetrwać (w końcu to nasza decyzja, by Zuzia zaczęła się uspołeczniać – to dobrze jej zrobi – trochę nasza, a trochę chcemy odciążyć dziadków). Nie my pierwsi i nie ostatni,  prawda? Będzie płacz - nie pierwszy i pewnie nie ostatni.

 

Szydełkowy miś z fioletem

Niby miałam pisać o nowym misiu, ale jest coś, co jakoś czasami odbiera mi tę radość z szydełkowania. Są takie dni – 3 – 5 dni w miesiącu, kiedy nie mogę po prostu patrzeć na szydełko (z resztą nie tylko na nie). To są dni, kiedy moja głowa nagle staje się jednym wielkim bólem i poddaje się migrenie bez reszty (do tego dochodzą wymioty i ogólne osłabienie, każda myśl jest sporym wysiłkiem). Nie chce się wtedy nic i myśli się tylko o jednym, żeby przestało boleć, a kładąc się spać – o tym, by rano ból nie wrócił. Teoretycznie dzięki specjalnym tabletkom przeciwmigrenowym jestem w stanie zwalczyć całkowicie migrenę, ale bywają takie dni, kiedy jednak głowa nie do końca na nie reaguje – tak było wczoraj. Najgorsze jest to, że czasami ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że migrena to nie zwykły ból głowy i nie rozumieją, że może aż tak boleć, że nie można normalnie żyć – „głowa ją boli” – myślą (paluszek i główka…). Ech…tak tylko się żalę, bo nie powinno się tego w sobie tłumić, no nie? : )

A miś powstał na kilka dni przed tymi ogromnymi przeszkadzaczami. Kolejny z serii – „na zamówienie” – tym razem z fioletowymi dodatkami. Sam jest kremowy – ma 18 cm wysokości. Opuścił już mój dom : )

mis

Miś z zieloną kokardką

O rety, rety – tak trudno mi ostatnio nadawać tytuły moim małym szydełkowym przemyśleniom/wpisom – zwłaszcza tym misiowym, bo tak, jak na przykład ostatnio wiele misiaków jest albo w beżu, albo w kremie, więc same rozumiecie. Dawno już też nie nadaję imion misiom (w pewnym momencie skończyła się chyba wena do nazywania) – nawet tym tworzonym dla siebie. Mogę jeszcze jakoś żonglować nazwami zgodnie z kolorem kokardki – na szczęście ten dzisiejszy miś ma zieloną – unikalną w mojej kolekcji : )

Zatem ten miś w zielonej kokardzie ma około 18 cm wysokości i do pary stworzyć muszę podobnego w kremie – będzie mu raźniej podróżować.

miś z zieloną kokardkąA tak a propos misiów (no zagaduję Was trochę, bo lubię pisać), to wiecie, że mam w domu jednego jedynego misia (oczywiście własnej produkcji), którego w życiu bym nie sprzedała, za żadne skarby? Już wiecie. Jest taki miś – ciemno brązowy z dużą złotą kokardą na szyi. Powstał dawno temu, ale mam do niego ogromny sentyment (jest dla mnie jakiś wyjątkowy) – kojarzy mi się z takimi starymi misiami retro. Pokażę może razu pewnego. Spokojnej niedzieli życzę.

Budyniowy miś w dwóch wersjach

Dzień dobry, ja znowu z misiami przychodzę, ale żeby nie było – uprzedzałam, że teraz to one będą na pierwszym planie (teoretycznie czytam w Waszych komentarzach, że misie się Wam nie znudzą, itp., ale myślę sobie, że co za dużo, to niezdrowo). Dziś miś budyniowy w dwóch wersjach. Pierwotnie z czerwoną kokardką w serduszka, ale ostatecznie pojechał do swojej nowej właścicielki odziany w pastelowo różową kokardkę na szyi i uchu – tak po dziewczęcemu. Takie było też zamówienie.

szydełkowy miś

miś na szydełku

Patrzę tak na to stadko miśków, które czekają na wysyłkę i wiecie co? Lubię je. Najnormalniej w świecie – lubię. Pamiętam jednak czasy, kiedy dopiero zaczynałam swoją przygodę z misiami. Z mojego pierwszego miśka byłam dumna, jak nie wiem co, ale jak dziś na niego patrzę, to hmm…był okropny – pokraczny, bez wyrazu – no jakiś taki nie bardzo. Pamiętam, jak wiele musiałam jeszcze wydziergać tych misiaczków (z misia na misia było coraz mniej pokracznie), żeby stwierdzić, że to jest to – że o takiego misia mi chodziło. Niestety kilka razy zakładałam bloga od nowa, bo różne rzeczy się działy – łącznie z utratą wszystkich wpisów – nie mam więc tej całej historii, która mogłaby Wam pokazać tamtą pokraczność i brak stylu. Pewnie bym się tego wstydziła, ale z pewnością, gdyby nie to, to z dzisiejszych miśków nie byłabym taka zadowolona.

ps. Zdjęcia przyszło mi robić wieczorową porą, więc takie lekko ciemnawe (może czas pomyśleć o jakimś namiocie do zdjęć)

Mały miś z różową kokardką

Właśnie sobie pomyślałam, że z Ciebie to taki Gepetto.

Pretty Things by Agu

Taki miły komentarz dostałam i musiałam zacytować. Dziękuję. Tak sobie teraz właśnie myślę pozytywnie o owym Gepetto i jego drewnianej lalce. Taki zwykły niezwykły twórca, który swoimi rękoma tchnął życie w kawałek drewna, dał duszę, wymyślił i przyjął, co wyszło – z wszystkimi wadami. No i miło mik tak teraz choć przez chwilę pomyśleć o sobie. Naprawdę każdy miś dostaje ode mnie to samo – poświęcam im wiele uwagi, swojej cierpliwości (tę muszę odkopywać wprost z podziemi) i czasu. Uwielbiam patrzeć, jak włóczka przybiera kształt, jak nagle staje się miś. Każdy, mimo, że tworzą go przecież te same ręce, jest inny (w jednym stylu, ale jednak inny). Nigdy nie wiem do końca, jak bardzo będzie smutny.

I tych moich smutaskowych miśków (nazwałam je kiedyś uppomisiami) ciąg dalszy dziś. Kilka dni temu powstał kolejny na zamówienie – tym razem mniejszy – 15 cm z różową kokardką w białe kropki. I znowu tak patrzył na mnie, gdy wkładałam go do koperty i posyłałam dalej.

mały miś

Ciekawa jestem (sama siebie), czy przyjdzie taki moment, że będę chciała odpocząć od dziergania misiaków – to tak a propos tego tempa, które narzuciłam sobie w realizacji zamówień. Póki co – jest dobrze. Chce mi się nadawać włóczkom kształt, a misiom duszę.

1 2 3