Puszysty miś

szydełkowy miś

Witajcie. Ostatnio jakoś mi nie po drodze do mojego bloga i może nawet nie chodzi o samą drogę, bo ta raczej krótka, ale o czas – sami wiecie. Co więcej sporo go teraz poświęcamy na „gonitwę” po lekarzach (chyba na szczęście się już skończy). Zuzia teoretycznie zdrowa (wymazy z gardła i nosa wykazały tylko florę fizjologiczną), ale od naszej nowej pani laryngolog dostaliśmy skierowanie na usunięcie migdałka gardłowego (tzw. trzeciego) – podobno to on jest wszystkiemu winien, a już na pewno nocnemu chrapaniu. Od jakiegoś czasu bierzemy leki, które mają obkurczyć migdał, ale laryngolog powiedziała, że nawet jeśli się to uda, to i tak ona zaleca wycięcie, bo każda drobna infekcja spowoduje jego rozrost i zabawę od początku.

I to są właśnie te rodzicielskie dylematy – na pierwszym miejscu stawiamy oczywiście dobro Zuzi – żeby spokojnie spała, dobrze słyszała (trzeci migdał może działać na trąbki słuchowe). Z drugiej strony wiemy, że pobyty w szpitalu (nawet te dwudniowe) nie służą dziecku – to ogromny stres (nie tylko zresztą dla dziecka). Podjęliśmy już decyzję o wypisaniu Zuzi z przedszkola – przynajmniej do czasu operacji (o ile ostatecznie będzie konieczna) i rozpatrujemy też taki pozytywny scenariusz, że migdałki się obkurczą, zniknie chrapanie i choroby – no bo skoro nie będzie przebywała w przedszkolu i zarazkach, to jej odporność na tym zyska. Tylko właśnie co wtedy? Mimo wszystko wyciąć migdałek, czy poczekać aż sam zaniknie? Podobno z wiekiem przestaje być potrzebny i kapituluje : ) Będziemy się jeszcze zastanawiać.

To tak słowem wstępu, bo rozwinięciem będzie ten oto puszysty biały miś, a raczej pani misiowa. Powstała jakiś czas temu i ślad po niej już zaginął. Włóczka pięknie wygląda i jest niezwykle mięciutka, ale w dzierganiu potrafi nieźle umęczyć. Ale i tak ją lubię.

Beżowy kudłaty miś

szydełkowy miś

Przedstawiam Wam misia, który o mały włos nie powstałby wcale. Dlaczego? Dostałam zamówienie na kudłatego beżowego misia – na takiego samego, jakiego wyszydełkowałam dawno, dawno temu. Zaczęłam więc dziergać, ale w międzyczasie okazało się, że za mało mam tej włóczki – starczyło jedynie na głowę i tułów. Czyli co? Powiedzieć zamawiającej pani, że nie dostanie takiego misia, który wpadł jej w oko? No nie – włóczkę trzeba dokupić. Nic prostszego. Sklepy stacjonarne odpadły na wstępie – tam zawsze pustki, a już na pewno nie byłoby tej konkretnej włóczki. Udałam się więc na poszukiwania po sklepach internetowych i niestety – nigdzie jej już nie sprzedają.

Zaczęłam pytać na różnych forach rękodzielniczych, czy przypadkiem nikt nie ma w swoich starszych zbiorach odrobinę tej włóczki – tylko na nóżki i ręce misia. Niestety. Dałam już znać zamawiającej, że może być problem z tym misiem. Klientka stwierdziła, że nie ma problemu i jeśli okaże się, że tej włóczki nigdzie nie dostanę, to ona zamienia ten kolor na czekoladowy – zamiast beżowego – brązowy.

Nie dałam za wygraną, a moją ostatnią deską ratunku okazał się producent wełny Inter Fox. W ich sklepie www wełny też nie było, ale miła pani sprzedawczyni obiecała, że podpyta w ich sklepach stacjonarnych i udało się – w jednym z nich pozostał jeszcze kilogram tej włóczki w tym kolorze.

I takim oto sposobem miś szczęśliwie doczekał się rąk i nóg, a zaraz potem także brzoskwiniowego kwiatuszka i kokardy. Niebawem ruszy w świat z innymi szydełkowymi maskotkami – m.in. z czekoladowym kudłaczem, bo koniec końców klientka stwierdziła, że czekoladowego misia też z chęcią przywita : )

Tymczasem rozpoczęłam też dzierganie nieco większej rzeczy – szydełkowego dywanika do pokoju Zuzi, ale napiszę o tym, jak tylko będzie gotowy.

Duża misia w sukience

szydełkowy miś

Odkąd Zuzia polubiła oglądanie bajek (choć w sumie nie jest specjalnie jakąś wielka maniaczką), jestem na bieżąco ze wszystkimi nowościami filmowymi. W ten też sposób wyrobiłam sobie zdanie na temat jakości i wartości, które niektóre bajki ze sobą niosą – a bywa z tym naprawdę różnie i pewnie wiecie to też Wy. Wielkim sentymentem darzę wszystkie bajki ze swojego dzieciństwa, ale to chyba dość zrozumiałe – miś Uszatek, przygody krecika, Reksio. Kiedy teraz, z perspektywy czasu, je oglądam dochodzę do wniosku, że jak mało które uczyły wrażliwości (a jestem zdania, że tego zaczyna coraz bardziej brakować ludziom – wrażliwości i empatii). Do takich delikatnych i mądrych bajek zaliczam też bardziej współczesne – małego misia i misia Bruna. Tak się akurat składa, że to misie : ) To takie małe nawiązanie do tej pani misiowej, którą ostatnio wydziergałam.

Patrzę na nią i widzę taką pozytywną postać z bajki – np. mamę małego misia, która piecze mu rogaliki z dżemem, albo spełniając zachcianki syna, smaży nocą naleśniki. No taka typowa ciepła panna misiowa – sukienka z koronkową falbanką, dla ozdoby błękitna kokardka na uchu. No i ta niebieskość połączona z kremem tak mi do niej pasuje.

A teraz jeśli macie ochotę poczytać trochę moich gorzkich żalów, to bardzo proszę : ) Zuzia kilka dni temu złapała jakieś zapalenie krtani  (najczarniejszy scenariusz, że jak pochodzi do przedszkola kilka dni, znowu przyda się zwolnienie, się sprawdził). Teraz nieco pokasłuje, a do tego pojawiła się bolesna afta (pierwszy raz mamy z czymś takim do czynienia) – obstawiam, że to po antybiotykoterapi, choć probiotyki brały udział w leczeniu. I jeszcze mi dokucza jakieś drapanie w krtani – kuruję się, jak mogę, ale skoro byłam na zwolnieniu na Zuzię, nie mogę już wziąć kolejnego dla siebie. Chyba taki już żywot rodziców przedszkolaków.

Zastanawiamy się poważnie, czy przypadkiem nie wypisać Zuzi z przedszkola, bo to kosztuje nas zbyt wiele i nie mówię tu o sprawach finansowych. Mam wrażenie, że są tylko straty – choroby Zuzi + jej stres przy kolejnych powrotach do przedszkola + nasz stres. Zyski? Szczerze napiszę, że nie zauważyłam – Zuzia o wiele więcej uczy się w domu, niż w przedszkolu? Aspekt społeczny? – zapytacie. Minimalny, bo i tak ostatnio rzadko tam bywa. Pomyślimy jeszcze – w każdym razie mam dość tych ciągłych obaw, czy jak Zuzia wróci z przedszkola, to będzie się jeszcze dobrze czuła – czy jakiś rotawirus, czy inna ospa nie panuje teraz w przedszkolu, czy nie szykuje się znowu tydzień wyjęty z życia…

Misia w brzoskwiniowej sukience

szydełkowa misia

Ostatnimi dniami bardzo rzadko siadam wieczorem do szydełkowania miśków, bo najnormalniej w świecie oczy mi się kleją o tych porach nocnych i na uwadze mam, że około 5 pobudka do pracy, więc nic na siłę. Co najśmieśniejsze, Zuzia o godzinie 23 jeszcze ma ochotę na zabawę (choć już po kolacji, wykąpana i w pidżamie) – ja ostatnio o tej porze już odpadam, a ona – wygłupy i śmiechy. Mi też byłoby szkoda zmarnować takie chwile na sen, a że teraz nie chodzi akurat do przedszkola, to tym bardziej ją rozumiem : )

Mimo wszystko muszę się pilnie wywiązywać z zamówień – w przypadku małych misiów – jak ta z dziś w brzoskwiniowej sukieneczce – jest szybciej, ale oczywiście na wyszydełkowaniu misia się jeszcze nie kończy. Trzeba jeszcze zrobić mu kilka zdjęć, by się przekonać, czy podoba się nowej właścicielce, a następnego dnia po pracy biec na pocztę – czasem czekać w długich kolejkach.

Ale to nic, bo, to właśnie trud wkładany w wykonanie jakiejś rzeczy podnosi jej wartość.

A wiecie? Kończą się już moje zapasy małych nosków i niestety nigdzie w Polsce nie mogę ich znaleźć. Postanowiłam więc zamówić je w…Hong Kongu. Będę czekać nieskończenie długo, przesyłka też nie należy do najtańszych, ale za to wybór ogromny i ceny samych nosków, czy oczek dużo niższe niż u nas. Uzbrajam się w cierpliwość : )

Słonecznego dnia!

Miś i serce

szydełkowy miś

Ostatnio próbowałam policzyć (mniej więcej) ile miśków już wyszydełkowałam, ale w pewnym momencie się poddałam, bo aż tak dobrej pamięci, to ja jednak nie mam : ) Ale za to doszłam do źródeł niektórych zamówień i zamarzyło mi się stworzyć mapę, na której będę mogła odnotowywać miejsca, w których mieszkają moje misie – tak z czystej ciekawości i sentymentu do tych, z którymi się już pożegnałam.

I stworzyłam taką mapę google. Niestety nie ma tam wszystkich miejscowości, do których powędrowały misie (w większości Polska, ale misie trafiły też poza granice kraju), ale za to na bieżąco będę ją uzupełniać, śledząc przy okazji wędrówki moich maskotek. Te żółte serduszka tyczą się Polski, a fioletowe kłosiki zagranicy.

A dziś może Was przywitać mały beżowy miś z błękitną kokardką i sercem – taki mały akcent walentynkowy. Oczywiście jego dom też został już odnotowany na mapie.