KRÓTKA HISTORIA SZYDEŁKOWANIA


Bardzo, ale to bardzo lubię wspominać o tym, jak to z tym moim szydełkowaniem było i że to przez wielki przypadek umiem trzymać w ręku szydełko i wiem, jak się nim posługiwać. Jako dziecko miałam okazję widzieć kilka razy, jak moja ciocia tworzyła kołnierzyki i serwetki przy pomocy małego „pręcika” – próbowała mnie nawet tego uczyć, ale zupełnie nie robiło to na mnie wrażenia. Moja mama dziergała nam czasem szaliki, ale nie była pasjonatką. Szydełkowanie więc nie było mi jakoś specjalnie znane, a już na pewno nie było dla mnie niczym interesującym, co dawałoby jakąkolwiek satysfakcję.

Któregoś razu mój brat wybrał się z rodziną na wakacje i trafili przypadkiem także do Koniakowa. Koniaków to wieś w województwie śląskim znana głównie z tego, że produkuje się tam piękne ozdoby koronkowe – ostatnio także bieliznę koronkową (tzw. koronki koniakowskie). Artystki z Koniakowa tworzyły koronki dla samej królowej Elżbiety i Papieża. Wizyta w Chacie na Szańcach zaowocowała tym, że mój brat zakupił sobie jakiś kordonek i szydełko. Chciał spróbować tej sztuki i spróbował, po czym pokazał mi. Lubię nowe rzeczy, więc coś tam zaczęłam dłubać. Wyciągnęłam z szuflady swoje stare rosyjskie szydełka (nie wiem zupełnie skąd je mam). Sięgnęłam nawet do internetu z zamiarem nauczenia się podstaw. Zaczęło się : )

pluszowy miś

Potem okazało się, że mama (mojego męża) świetnie posługuje się szydełkiem, więc pierwsze prawdziwe lekcje szydełkowania pobierałam właśnie u niej. Zaczynałam od jakichś wymyślonych serwetek – pamiętam, że nie zrażało mnie nawet to, że serwetki raczej do beretów zdawały się być podobne. Potem porwałam się na maskotki. Moja pierwsza myszka do dziś mieszka w szufladzie. Były też krzywe misie i sweterki dla nich. Potem kwiatuszki, podstawki z mordką misia. A wszystko to za sprawą wolnego czasu, kiedy to przebywałam na L4, nosząc w brzuchu Zuzię : ) – mdłości nie były w stanie mi przeszkodzić. Pokochałam szydełkowanie, wciąż ucząc się nowych wzorów, poznając nowe możliwości. Dziergałam czapeczki dla malusiej Zuzi, sweterki, miniaturowe butki i spodenki. Z czasem uznałam, że fajnie się tą pasją z kimś podzielić (mąż niestety nie do końca rozumiał po co to robię i nie widział w tym sensu). Założyłam, więc blog.

Przyznam, że nigdy nie pomyślałam o tym, że tak mocno mnie to wszystko wciągnie – mnie, która twierdziła, że nie dla niej żadne robótki, bo nie ma do nich cierpliwości.  Wciągnie tak bardzo, że zechcę otworzyć firmę i w niej spełniać swoje marzenia. No kto by przypuszczał?