pluszowy miś

PLUSZOWA MISIA DLA OLIWII


Właśnie siedzę sobie przy biurku – w moim centrum dowodzenia Czarodziejską Chatką – zasiadłam do stworzenia szydełkowej torebeczki do I Komunii Świętej, ale po świętach jakoś tak leniwie. Znacznie więcej motywacji potrzeba. Człowiek tak szybko przyzwyczaja się do dobrego, a tu zamówienia czekają. Mam zamiar szybko się z nimi uporać i zrealizować kilka moich pomysłów, które już nie mieszczą się w głowie : )

Tymczasem przedstawiam kolejną panią rękomisiową. Powstała specjalnie dla Oliwki. Misia mierzy 23 cm wysokości i jak na pluszową misię przystało jest niezwykle milutka i mięciutka.  W sam raz do tulenia i kochania : ) Pamiętam swój pierwszy raz z tą a la pluszową włóczką. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tak bardzo się z nią polubimy i że misie z niej wykonane tak bardzo przypadną do gustu. Pewnie gdybym prowadziła jakieś statystyki okazałoby się, że takich misiów powstaje najwięcej.

RĘKOMISIE W NAMIOCIE…BEZCIENIOWYM


Ile macie w domu rzeczy, które kupiliście już jakiś czas temu, bo baaaardzo ich potrzebowaliście, po czym wrzuciliście w kąt i zapomnieliście, że w ogóle je macie – ewentualnie każde zerknięcie na daną rzecz sprawiało, że mieliście ambitne plany, by w końcu z niej skorzystać – ach te wyrzuty sumienia. Dostałam jakiś czas temu świetny prezent –  z listy wymarzonych i wyczekanych – NAMIOT BEZCIENIOWY. Marzenie jego posiadania pojawiło się wraz z ogromną potrzebą, by robić piękne zdjęcia rękomisiom. Chciałam, by było bardziej profesjonalnie, a jednocześnie, żeby zdjęcia, jak najlepiej oddawały urok szydełkowanych przeze mnie maskotek. To naprawdę nie jest takie proste.

A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE

Leżał, więc sobie złożony ten mój wymarzony namiot na półce, a leżąc kusił potwornie myślą, że dzięki niemu już nic nie będzie takie samo, że jak zdjęcia, to już tylko z wiernie oddanymi kolorami, z pięknym balansem bieli, ostrością i nienagannym oświetleniem. Skusił ostatecznie w weekend. Jeśli nie teraz – pomyślałam – to już nigdy. Rozłożyłam go, jak rozkłada się namioty turystyczne (nie mając świadomości, że złożenie już nie pójdzie mi tak łatwo). Ustawiłam dwie lampy, które dołączone były do zestawu, a potem zaprosiłam misię do namiotu – oczywiście opierała się z lekka, więc musiałam przedstawić wizję miłego biwakowania i nowego doświadczenia ; )

Wspomnieć jeszcze muszę, że aparat Olympus, który wykorzystałam, ma już ponad 8 lat i już dawno powinien odejść do lamusa, ale jako, że do tej pory spisywał się dzielnie (bezawaryjnie i niezawodnie), to postanowiłam wycisnąć z niego, ile się da. Zrobiłam kilka ujęć misi (a ta pozowała, jak profesjonalna foto modelka) przy różnych ustawieniach aparatukombinowałam z balansem bieli, z ISO i parametrami przysłony. Jestem nieco zawiedziona. Kiedy przegrałam zdjęcia do komputera okazało się, że biel bielą nie jest – raczej szarością, albo bielą zabarwioną na kolory różne, a odcienie misi i jej sukienki raczej z prawdą mocno się mijają. No jak ten aparat to zobaczył? Nawet obróbka graficzna zdjęć nie przyniosła oczekiwanego rezultatu.

ZOSTANĘ PRZY SMARTPHON’IE

Oczywiście jeden wniosek z tej całej czasochłonnej zabawy z namiotem wysnułam – zostanę na razie przy smarthopnie, bo póki co, to on dużo lepiej radzi sobie w sytuacji braku naturalnego światła. Mam jednak pewien niedosyt, bo przecież widzę, jak cudne zdjęcia mogą wychodzić przy użyciu namiotów, więc jednak JAKOŚ można. Wiem, że można zmienić tło w programie graficznym (najlepiej, jak zdjęcie zapisane jest jako RAW), ale naprawdę nie uśmiecha mi się wykonywać takich zabiegów przy każdej fotografii – stawiam na naturalne efekty w dawce kontrolowanej.

Jeśli macie jakieś doświadczenia w tym temacie, to bardzo proszę poradźcie, co zrobić, by biel bielą była : )

KRÓTKA HISTORIA SZYDEŁKOWANIA


Bardzo, ale to bardzo lubię wspominać o tym, jak to z tym moim szydełkowaniem było i że to przez wielki przypadek umiem trzymać w ręku szydełko i wiem, jak się nim posługiwać. Jako dziecko miałam okazję widzieć kilka razy, jak moja ciocia tworzyła kołnierzyki i serwetki przy pomocy małego „pręcika” – próbowała mnie nawet tego uczyć, ale zupełnie nie robiło to na mnie wrażenia. Moja mama dziergała nam czasem szaliki, ale nie była pasjonatką. Szydełkowanie więc nie było mi jakoś specjalnie znane, a już na pewno nie było dla mnie niczym interesującym, co dawałoby jakąkolwiek satysfakcję.

Któregoś razu mój brat wybrał się z rodziną na wakacje i trafili przypadkiem także do Koniakowa. Koniaków to wieś w województwie śląskim znana głównie z tego, że produkuje się tam piękne ozdoby koronkowe – ostatnio także bieliznę koronkową (tzw. koronki koniakowskie). Artystki z Koniakowa tworzyły koronki dla samej królowej Elżbiety i Papieża. Wizyta w Chacie na Szańcach zaowocowała tym, że mój brat zakupił sobie jakiś kordonek i szydełko. Chciał spróbować tej sztuki i spróbował, po czym pokazał mi. Lubię nowe rzeczy, więc coś tam zaczęłam dłubać. Wyciągnęłam z szuflady swoje stare rosyjskie szydełka (nie wiem zupełnie skąd je mam). Sięgnęłam nawet do internetu z zamiarem nauczenia się podstaw. Zaczęło się : )

pluszowy miś

Potem okazało się, że mama (mojego męża) świetnie posługuje się szydełkiem, więc pierwsze prawdziwe lekcje szydełkowania pobierałam właśnie u niej. Zaczynałam od jakichś wymyślonych serwetek – pamiętam, że nie zrażało mnie nawet to, że serwetki raczej do beretów zdawały się być podobne. Potem porwałam się na maskotki. Moja pierwsza myszka do dziś mieszka w szufladzie. Były też krzywe misie i sweterki dla nich. Potem kwiatuszki, podstawki z mordką misia. A wszystko to za sprawą wolnego czasu, kiedy to przebywałam na L4, nosząc w brzuchu Zuzię : ) – mdłości nie były w stanie mi przeszkodzić. Pokochałam szydełkowanie, wciąż ucząc się nowych wzorów, poznając nowe możliwości. Dziergałam czapeczki dla malusiej Zuzi, sweterki, miniaturowe butki i spodenki. Z czasem uznałam, że fajnie się tą pasją z kimś podzielić (mąż niestety nie do końca rozumiał po co to robię i nie widział w tym sensu). Założyłam, więc blog.

Przyznam, że nigdy nie pomyślałam o tym, że tak mocno mnie to wszystko wciągnie – mnie, która twierdziła, że nie dla niej żadne robótki, bo nie ma do nich cierpliwości.  Wciągnie tak bardzo, że zechcę otworzyć firmę i w niej spełniać swoje marzenia. No kto by przypuszczał?