Króliczka w pudrowym różu


wełniane maskotki

Zastanawiałam się ostatnio, czy ja lubię jesień. Przyznam szczerze, że w sumie może nawet bym ją polubiła, gdyby nie te ciemne popołudnia, deszcz i wiatr. W odsłonie złotej polskiej – uwielbiam wprost. Właśnie przez te ciemne popołudnia, kiedy to wraca się do domu i zdaje się, że już pora spać (tak w końcu kiedyś funkcjonowali ludzie bez elektryczności – to widok za oknem wyznaczył im działania i porę na sen), nie chce się już tak ochoczo zasiadać do szydełkowania. I wcale nie jest tak, że deszcz sprzyja dzierganiu, czy robieniu czegokolwiek innego w domu – wtedy po prostu spać się chce. Ale trzeba, bo ktoś czeka. I tak czasem zdarzają się przesunięcia, bo gorszy dzień, gorsze samopoczucie, zmęczenie, inne obowiązki. Nie jest tak, że szydełkowanie (czegokolwiek) jest szybkie. Wymaga naprawdę sporo pracy i czasu, o ile się chce, by było docenione. Co tu dużo gadać – tak jest ze wszystkim. Sami wiecie.

Na tę króliczkę też ktoś czekał. To druga taka w rękomisiowym świecie. Ta była pierwsza i trafiła w ręce mojej Zuzi. Rozebrana i ubrana już setki razy – ma się jeszcze dobrze. Ta też stworzona w pudrowym różu, z 15 centymetrami i sukienką w takiej nietypowej zieleni morskiej. Zgodnie z prośbą otrzyma jeszcze świąteczne odzienie : )

Króliczek na szydełku


szydełkowy króliczek

Taki oto króliczek, to drugi z serii “tych konkretnych”. Króliczek ma około 15 cm wysokości. Powstał nadzwyczaj szybko i o dziwo podczas długiej podróży do Czorsztyna. Ania z Sowiarni pytała o to “dość szybko” – ile to jest. W przypadku króliczka to tak bez zegarka w ręku mniej więcej 2 godziny.  Chyba wiem, w czym leży sukces tak sprawnej pracy w samochodzie. W domu zawsze znajdzie się jakiś rozpraszacz i coś na już do zrobienia, co odrywa od szydełka. W samochodzie było trzeba po prostu jechać, zazdrościć sobie, że się nie prowadzi i od czasu do czasu się odezwać, żeby przypadkiem mąż nie usnął za kierownicą. A propos jazdy, to powiem Wam, że podziwiam wyobraźnię dzieci. Zuzia naprawdę świetnie znosiła 7 – godzinną jazdę (tak to już jest, że i w góry i nad morze mamy do przejechania prawie pół Polski), a jej zabawa podartymi metkami zdjętymi z włóczki, zrobiła na mnie wrażenie. Podarte papierki oczywiście mówiły i wchodziły ze sobą w interakcje rożne. I tak przez ponad pół godziny – dacie wiarę?

Na miejscu nie było już tak szydełkowo, bo gdyby nie niespodziewane odwiedziny u mojej ciotecznej bratanicy w Krakowie (w drodze powrotnej do domu), pewnie nie wyszydełkowałabym nic, a tak w ramach prezentu stworzyłam misię (sesji nie było, więc nie udokumentuję : ) ) Nie było więc specjalnie czasu na dzierganie. Wychodziliśmy rano i wieczorem wracaliśmy. Czas spędziliśmy bardzo aktywnie i wykorzystaliśmy każdą minutę (tak mi się przynajmniej wydaje). Tak, jak lubimy. Zaledwie kilka dni, a wspomnienia boskich krajobrazów zostaną na długo (nie wspominając już o bolących mięśniach i zakwasach). : )

A tymczasem szykuje się u nas kolejny mini remont. Tym razem zabierzemy się za przemalowanie przedpokoju i znienawidzony pomarańcz zamienimy na elegancką szarość. Myślę, że w połączeniu z bielą wypadnie całkiem dobrze. Farba już kupiona, a ja od dwóch dni nastawiam się psychicznie na większe sprzątanie i brak szydełkowania. Planujemy uporać się ze wszystkim w 3 popołudnia – w czasie po-pracowym. Trzymajcie kciuki, by szarość okazała się w sam raz : )

Mała króliczka


szydełko króliczek

Dziergam już od dość dawna, a ostatnio nie ma dnia, bym choć kilku minut nie poświęciła na szydełkowanie. Wiem, wiem – powtarzam się, ale dziś w nieco innym kontekście. Ostatnio mój pięcioletni bratanek poprosił mnie o zrobienie wielorybka. Został nim kilka dni temu obdarowany, bo nie mogłam przecież odmówić. Kiedy dziergałam wielorybka Zuzia spytała, czy dla niej też coś zrobię i poprosiła o króliczka. Tyle czasu dziergam, a moja córka ma tylko szydełkową myszkę – tu chyba ma zastosowanie powiedzenie – “szewc bez butów chodzi”.

Króliczka zatem musiała powstać. Różni się nieco od moich standardowych króliczków, które pojawiały się kiedyś na blogu. Wymyśliłam sobie inny wygląd pyszczka. Skończyłam dziergać króliczkę późnym wieczorem. Zuzia czekała do końca i jak tylko ubrałam króliczkę porwała ją do łóżka i zasnęła z nią słodko. Widok bezcenny – nagradzający szydełkowanie w takie upały.

Do kompletu wykonałam jeszcze kolorową sukieneczkę i myślę, że szafa króliczki będzie jeszcze uzupełniona o inne dodatki. Króliczkę więc można rozbierać do woli : )

PS. Króliczkę zgłaszam do sierpniowego wyzwania Szuflady – “Pastele”.