Szydełkowe maskotki, Szydełkowe misie

Brunatny mały miś

szydełkowy miś

Od jakiegoś czasu z wielką przyjemnością zaglądam na blogi wnętrzarskie (szukając inspiracji do zmian w swoim mieszkaniu), śledzę różne trendy i nowinki. Czasami godzinami potrafię przeszukiwać Pinterest i zawsze największe wrażenie robią na mnie cudne zdjęcia. Wiem, że sztuką jest przedstawić wnętrze w taki sposób, by oddać jego klimat. Samo fotografowanie to sztuka. Trzeba mieć talent – nie ma co. Doceniam to tym bardziej, że sama dość często sięgam po aparat, by pokazać na blogu swoje misie/maskotki – to naprawdę niezwykle trudne, choć oczywiście moje zdjęcia to początek drogi na szczyt góry lodowej i sama wiem, że wiele im jeszcze brakuje, ale to temat na inny raz.

Często jednak, gdy patrzę na te “sterylne” prawie wnętrza, na przecudnie poukładane dekoracje – nic tam nie jest przypadkowe, wszystko (zdaje się) jest przemyślane, to zastanawiam się “jak mieszkać w takim domu?”. Gdzie tu miejsce na dziecięcy bałagan i jak często przy dzieciach trzeba byłoby sprzątać, by taki stan rzeczy utrzymać? Zaraz potem odpowiadam sobie sama, że to wszystko na pewno na potrzeby sesji, na potrzeby tego zdjęcia właśnie. Ma się miło na nie patrzeć i ma się czuć ten klimat i styl – właśnie.

Wiele razy obiecywałam sobie, że zrobię któremuś z misiów taką sesję z prawdziwego zdarzenia – z rekwizytami, ustawkami, itp., ale powiem Wam, że czasu brak. Zazwyczaj na szybko wkładam misia do skrzynki wyłożonej białymi tłami (lub innymi – w razie potrzeby), zapalam lampkę i pstrykam. Szybko, żeby za chwilę pokazać go osobie, która go zamówiła. A że w skrzynce na co dzień mieszkają maskotki Zuzi, to oczywiście po sesji trzeba posprzątać i przywrócić dawny porządek : )

A tak przy okazji, oto kolejny z serii puchatych małych misiów (bardzo podobny do tego). Wykonałam go z włóczki coś a la bouclé. Na szyi zawiesiłam pastelową błękitną kokardkę. Miś zaczeka na swoją towarzyszkę, a wcześniej na przybycie zamówionej włóczki.