Szydełkowe maskotki, Szydełkowe misie

Duża misia w sukience

szydełkowy miś

Odkąd Zuzia polubiła oglądanie bajek (choć w sumie nie jest specjalnie jakąś wielka maniaczką), jestem na bieżąco ze wszystkimi nowościami filmowymi. W ten też sposób wyrobiłam sobie zdanie na temat jakości i wartości, które niektóre bajki ze sobą niosą – a bywa z tym naprawdę różnie i pewnie wiecie to też Wy. Wielkim sentymentem darzę wszystkie bajki ze swojego dzieciństwa, ale to chyba dość zrozumiałe – miś Uszatek, przygody krecika, Reksio. Kiedy teraz, z perspektywy czasu, je oglądam dochodzę do wniosku, że jak mało które uczyły wrażliwości (a jestem zdania, że tego zaczyna coraz bardziej brakować ludziom – wrażliwości i empatii). Do takich delikatnych i mądrych bajek zaliczam też bardziej współczesne – małego misia i misia Bruna. Tak się akurat składa, że to misie : ) To takie małe nawiązanie do tej pani misiowej, którą ostatnio wydziergałam.

Patrzę na nią i widzę taką pozytywną postać z bajki – np. mamę małego misia, która piecze mu rogaliki z dżemem, albo spełniając zachcianki syna, smaży nocą naleśniki. No taka typowa ciepła panna misiowa – sukienka z koronkową falbanką, dla ozdoby błękitna kokardka na uchu. No i ta niebieskość połączona z kremem tak mi do niej pasuje.

A teraz jeśli macie ochotę poczytać trochę moich gorzkich żalów, to bardzo proszę : ) Zuzia kilka dni temu złapała jakieś zapalenie krtani  (najczarniejszy scenariusz, że jak pochodzi do przedszkola kilka dni, znowu przyda się zwolnienie, się sprawdził). Teraz nieco pokasłuje, a do tego pojawiła się bolesna afta (pierwszy raz mamy z czymś takim do czynienia) – obstawiam, że to po antybiotykoterapi, choć probiotyki brały udział w leczeniu. I jeszcze mi dokucza jakieś drapanie w krtani – kuruję się, jak mogę, ale skoro byłam na zwolnieniu na Zuzię, nie mogę już wziąć kolejnego dla siebie. Chyba taki już żywot rodziców przedszkolaków.

Zastanawiamy się poważnie, czy przypadkiem nie wypisać Zuzi z przedszkola, bo to kosztuje nas zbyt wiele i nie mówię tu o sprawach finansowych. Mam wrażenie, że są tylko straty – choroby Zuzi + jej stres przy kolejnych powrotach do przedszkola + nasz stres. Zyski? Szczerze napiszę, że nie zauważyłam – Zuzia o wiele więcej uczy się w domu, niż w przedszkolu? Aspekt społeczny? – zapytacie. Minimalny, bo i tak ostatnio rzadko tam bywa. Pomyślimy jeszcze – w każdym razie mam dość tych ciągłych obaw, czy jak Zuzia wróci z przedszkola, to będzie się jeszcze dobrze czuła – czy jakiś rotawirus, czy inna ospa nie panuje teraz w przedszkolu, czy nie szykuje się znowu tydzień wyjęty z życia…