Szydełkowe maskotki, Szydełkowe misie

Miś wyjątkowy

szydełkowy miś

Nie pamiętam naprawdę, ile już trwa mój zachwyt nad szydełkowymi misiami – na pewno dłużej niż 4 lata, bo jeszcze przed narodzinami Zuzi powstawały pierwsze “sztuki”. Wtedy jeszcze takie nieudolne. Kilka z nich, wytarmoszonych przez malutką Zuzię, siedzi gdzieś jeszcze w zakamarkach i wstydzi się pokazać – bo krzywe, bo mało stylowe – choć na tamten moment nie umiałam innych. W końcu moje szydełko nauczyło się dużo więcej. Pierwszy poważny miś, to ten ze zdjęcia. Ten, którego nie zamierzam sprzedać, bo jest dla mnie wyjątkowy. Ilekroć na niego patrzę widzę, to “coś”, co uwielbiam w misiach (i nie tylko). Dla mnie jest bezcenny.

Kojarzy mi się ze starymi unikatowymi misiami siedzącymi na starych drewnianych półkach w malutkich klimatycznych sklepikach (z dzwoneczkiem przy drzwiach), czekających, by ktoś je kupił. Czasem nadszarpniętymi znamionami czasu. Pamiętającymi różne sklepowe historie, które opowiadali ludzie odwiedzający sprzedawcę w sklepiku. Siedzi, czeka, obserwuje, a czasem późnym wieczorem, gdy w sklepie robi się całkiem pusto i ciemno (tylko światło ulicznych latarni nieco rozjaśnia mrok), ożywa i razem z ołowianym żołnierzykiem i szmacianymi lalkami prowadzi długie rozmowy.

Tak właśnie patrzę na mojego brunatnego misia. Często też zerkam na niego (niczym na nestora rodu misiów), gdy szydełkuję jego mniejszych braci.