Szydełkowe maskotki, Szydełkowe misie

Misia w różowej sukience

miś z włóczki

Kremu i różu nigdy mi dość, choćbym nie wiem, jak się starała kupować Zuzi ubranka w zupełnie odmiennej tonacji, to i tak zawsze gdzieś ten róż się przemyci. Jak nie w ubrankach, czapkach, to w szydełkowych maskotkach. Wszak, to takie “dziewczyńskie” kolory i ilekroć miś, czy misia ma trafić w ręce dziewczynek, prawie zawsze muszą być w nim jakieś pastelowe elementy. I dobrze, bo powiem Wam, że uwielbiam je, co więcej coraz rzadziej kojarzą mi się z kiczem i dostrzegam ich magię/bajkowość/sielskość/anielskość – o ile oczywiście są do siebie ładnie dobrane.

Dlatego zawsze się cieszę na nowe pastelowe kolory we włóczkowych zakupach. Takie też poczyniłam ostatnio, a zaraz potem wydziergałam tę 23 – centymetrową misię.

Napiszę Wam, że jesień, jak co roku, nie służy mi za bardzo, choć wydawałoby się, że krótsze dni będą sprzyjały dzierganiu. No, bo taka wizja: godzina 19 – za oknem już ciemno, zapalony kominek z kilkoma kroplami olejku sandałowego, ciepła herbata w kubku, szydełko w ręku…praca wre. Niestety od wizji do realizacji czasem długa droga – sami pewnie dobrze wiecie, jak to jest. Bo, jak 19 i ciemno na dworze, to w sumie może już pora szykować się do snu, bo i ziewanie i ciężkie powieki, i w ogóle. Ale zanim spanie, to jeszcze kilka rzeczy do uprzątnięcia, ugotowania, do przyszykowania na kolejny dzień…

Jak z tym walczyć? Sama nie wiem, bo w tamtym roku było zupełnie tak samo. Taka chyba już przypadłość dla jesieni, taka jej natura, że tak nastraja do wypoczynku. Oczywiście mam zewnętrzną motywację i wciąż próbuję nadrobić zamówieniowe zaległości…