Szydełkowe maskotki

Jak powstaje szydełkowy miś?

Tak sobie ostatnio siedziałam w swojej małej pracowni, dziergając misia na zamówienie i (tak czasami miewam) myślałam sobie, jak inne osoby tworzą – w sensie w jakich warunkach/okolicznościach, gdzie; jak to u nich wygląda – czy np. pracują nad jakąś rzeczą w etapach, czy przysiadają i od razu tworzą całość, czy mają jakieś swoje małe rytuały, czy może swoje dziwactwa…ciekawa jetem tego bardzo…

A jak to u mnie wygląda?

Weźmy na przykład szydełkowanie misia. Najczęściej szydełkuję w pokoju, który szumnie nazwałam pracownią (to istne centrum dowodzenia – jest tu wszystko, co być powinno – czyli: wełna, szydełka, wypełniacz do maskotek, igły, akcesoria do maskotek, itp.). Najczęściej wieczorami, ale osobiście wolę mieć więcej czasu na tworzenie, więc opiszę sytuację idealną. Jest sobotnie popołudnie – Zuzia śpi, mąż też oddaje się swoim zainteresowaniom, a ja szykuję sobie coś smacznego do picia i coś smacznego do pochrupania. Potem biegnę do swojego kącika i stawiam sobie cel, np. ma teraz powstać głowa misia i tułów. Przygotowuję sobie wszystkie potrzebne materiały i zabieram się za dzierganie.

Najbardziej czasochłonne jest modelowanie główki misia i dobranie mu właściwej miny (a więc analizuję, gdzie oko, gdzie drugie oko, gdzie nos, gdzie brwi, gdzie uszy). Śmiem twierdzić, że mina misia jest najważniejsza – od niej zależy charakter miśka. Można mu potem dać długie łapki, krótkie nóżki, czy okrągły brzuch, ale wyraz twarzy i tak rzutuje na całość.

Potem już dzieje się samo. Między jednym, a drugim łykiem herbaty kłuję szydełkowe formy, z których ma powstać miś. Czasem bywa ciężko – gdy np. okaże się, że kształt pyszczka nie jest taki, jak powinien, albo jakieś duże przerwy między słupkami się porobiły (dając efekt dziurek) – więc zaczynam od nowa (u mnie do 3 razy sztuka – potem rzucam i zostawiam na parę chwil – no tak już mam – mało cierpliwa w tym względzie jestem).

Teraz czas na wypychanie misia (na formowanie). To też sztuka nie lada, żeby zrobić to dobrze, żeby nie było nigdzie nadmiaru i żeby nie brakowało ciała. Wpycham więc wypełniacz poduszkowy w każdą część misia.

Gdy już wszystkie części są gotowe (największym sukcesem zawsze jest głowa misia – potem jest już lekko i przyjemnie – prawie) zszywam je. Od niedawna mam wreszcie taką specjalną długą igłę do szycia miśków/lalek i igłę z duuuużym oczkiem, przez które przejdzie prawie każda włóczka- sprawa idealna przy zszywaniu misia tą samą włóczką, z której został wykonany.

Miś, którego dziś pokazuję na zdjęciach to nowa twórczość – taki słoneczny miś (mierzy 25 cm) na zamówienie. Dołączy do niego jeszcze drugi – turkusowy i pojadą razem w Polskę.

Na koniec dodam jeszcze, że moje misie nie mają żadnego schematu/wzoru – myślę, że nie umiałabym też stworzyć dobrego opisu (czasem czytam prośby o wzór misia). Powstają tak po prostu – w trakcie dziergania panuję nad kształtem i dziergam, dziergam aż uzyskam zadowalający efekt. To dlatego nie jestem w stanie stworzyć dwóch identycznych miśków (choć czasem zamawiający proszą o zrobienie takiego samego misia jak [i tu “pada” zdjęcie stworzonego przeze mnie misia] – styl będzie ten sam, ale miś będzie miał mimo wszystko inne geny.

Pamiętam, jak tworzyłam swoje pierwsze maskotki (a było to dość dawno temu), to choć wtedy wydawały mi się ładne, dziś dostrzegam, że rozwinęłam swoją umiejętność szydełkowania w dość znaczny sposób. W końcu trening czyni mistrza. Długo też szukałam stylu dla swoich miśków – te które tworzyłam kilka lat temu były takie nijakie – po prostu szydełkowe. Musiałam więc poszukać w nich charakteru i chyba znalazłam. Chyba tak…

No a Wy? Jak u Was wygląda proces twórczy? (nie ukrywam, że jestem wielce ciekawa)